1 lutego 2015

Masyw Śnieżnika #3

Po przerwie urlopowej, powoli zabieram się do roboty :) Zanim Gruzja doczeka swojej premiery, skończyć trzeba noworoczny wyjazd w Kotlinę Kłodzką. Na szczęście dla mnie i dla Was to już ostatni post z tej serii :)

Trzeci dzień w Masywie Śnieżnika był wyjątkowy. Powód główny: mój zielony ogr Robcio skończył 30 lat!! A ja z uśmiechem na twarzy do bólu zadawałam pytania: "jak się czujesz staruszku?" 



Ten super ważny dzień miał być przeznaczony na "mały spacer" na Trójmorski Wierch. Niewielki szczycik (1145 m n.p.m.), ale pełni istotną rolę w hydrografii - zbiegają się tu zlewnie 3 mórz: Bałtyckiego, Czarnego i Północnego. 

Samochód porzuciliśmy na parkingu w Jodłowie i rozpoczęliśmy nasz spacer. Na ładnej wydeptanej drodze do przejścia granicznego byliśmy sami. Dookoła las, piękny zimowy las i żywego człowieka. Doszliśmy do granicy, gdzie odbijaliśmy z głównej drogi na nasz szczycik. Szlak wiódł wąską leśną dróżką po wydeptanej kosodrzewinie. 










Po małej przerwie na siusiu i herbatkę doszliśmy na Trójmorski Wierch :) Wdrapaliśmy się na wieżę widokową i zobaczyliśmy "mleko". Pizgało niesamowicie, więc ratowaliśmy się szybką ucieczką w dół.


\





Mamy godz. 12, a szczycik zdobyty. Po szybkiej konsultacji doszliśmy do wniosku, że mamy dużo czasu i sił do dalszych zmagań. Porachowaliśmy czas i okazało się, że jesteśmy w stanie przed zmrokiem przejść cały grzbiet, dotrzeć do schroniska pod Śnieżnikiem i wrócić do auta. Trzeba było tylko nie robić dłuższych postojów. Ruszyliśmy :)







I w końcu zaczęła się prawdziwa zabawa. Szliśmy na zmianę do góry i w dół, już po mało wydeptanym śladzie, prześcigaliśmy się nawzajem z ekipą Czechów (jedyni spotkani na tej trasie przez cały dzień!), zdobywając po drodze Puchacz (1175 m n.p.m.), Goworek (1320 m n.p.m.) i Mały Śnieżnik (1326 m n.p.m.), aż w końcu zbiegaliśmy czy turlaliśmy się po stromych zboczu pełnym puszystego śniegu i wtedy okazało się, że wylądowaliśmy w Czechach. Zboczyliśmy ze szlaku i troszeczkę musimy nadrobić. Ciemność coraz bliżej, nóżki już zmęczone, do schroniska jeszcze kawałek. Z GPSem w dłoni prawie na azymut dotarliśmy do schroniska chwilę przed 16.











W schronisku mało ludzi. Tym razem zamawiam smażony ser. Z frytkami i bukietem surówek. Pychotka i trzeba to powiedzieć - pierogi dzień wcześniej to było jakieś nieporozumienie. Do tego szybkie piwko i zmykamy ze schroniska. 2 h marszu w dół i powinniśmy być na parkingu w Jodłowie. Ośnieżony szlak gdzieś w połowie zmienił się na całkiem niezłą, jakiś czas temu odśnieżaną drogę. Było już ciemno, więc pierwszy raz od niepamiętnych czasów musieliśmy w górach użyć czołówek.  Depcząc kilkucentymetrową warstwę śniegu szło nam się tak dobrze, że nie zauważyliśmy momentu, gdy nasz szlak odbijał. Jak takie sierotki nagle, po 20 km deptania gór, znaleźliśmy się w totalnych ciemnościach na skrzyżowaniu leśnych dróg, w żaden sposób nie oznaczonych, jakiś kilometr niżej niż nasz szlak. Robcio wpada w panikę, a Aniusia jak niby nic, niewzruszona całą sytuacją wyjmuje klasyczną mapę foliową (era papierowych minęła) i swoim 10 superzmysłem dokonuje szybkiej lokalizacji i odnajduje drogę powrotną. Jest parking, jest odprężenie, nawet światło z latarni mamy nad głowami. Pomijając historię, w której wydaje mi się, że zgubiłam telefon komórkowy i już prawie wysyłam na jego poszukiwania Robcia, powiem tylko tyle, że tu zaczyna się zabawa z cytrynką. Nasz kochany samochodzik, niestety nie do końca radzi sobie z świeżą warstwą śniegu. Testowanie ślizgości drogi wychodzi znacząco na naszą niekorzyść. Kolejną godzinę walczymy z wypychaniem auta i próbą ubrania łańcuchów, które całe szczęście z powodu naszego lenistwa wozimy cały rok w aucie. W końcu ruszamy, po kilku km możemy zdjąć łańcuchy i śmigamy do Bystrzycy Kłodzkiej. Chwilę przed 20 głodni, zmarznięci (Robcio dodatkowo usmarowany smarem na twarzy) odnajdujemy jedyny lokal na rynku - Toster, gdzie dokonujemy konsumpcji całkiem niezłych tostów z tajemnej receptury cioci Krysi/Zbysi (??). W takich momentach doceniam bycie nie-kierowcą i wlewam w siebie litr grzanego piwa. Pijana znów = szczęśliwa :)





Dziękuję za dotarcie do końca opowieści z Masywu Śnieżnika i polecam się na przyszłość z Gruzją :))) 

3 komentarze:

  1. Oj taka Aniusia by nam sie tez przydala, z jej dziesiatym zmyslem :D
    Piekna wyprawa, cudne zdjecia, nie rozumiem ludzi, ktorzy sniegu nie lubia ;)
    Moj ogr juz niedlugo bedzie cale 11 dni staruszkiem i wtedy juz ja dolacze. Smuuutek i zaloba ;)
    NIE ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, spokojnie... Gruzja musi swoje też odleżeć na dysku ;)

      Usuń


architektura (8) art (6) bieganie (2) Bułgaria (2) Chorwacja (1) Czechy (6) Dania (2) Deutschland (9) dolnośląskie (20) dziwy (2) Estonia (1) etno (2) event (9) film (5) Francja (7) góry (34) Grudziądz (16) Gruzja (6) Islandia (11) jesień (12) kajak (2) Karkonosze (5) koty (8) kuchnia (3) kujawsko-pomorskie (18) lato (8) Litwa (1) lubelskie (1) Łotwa (1) łódzkie (1) majówka (8) małopolskie (9) Maroko (14) mazowieckie (5) narty (10) okolice Poznania (5) party (2) PKP (2) podlaskie (12) pomorskie (7) Portugalia (14) Poznań (43) R. (20) rodzinka (6) Rosja (24) rower (17) rozkminki (9) Rumunia (3) samo życie (42) Słowenia (1) sport (10) szkolenia (1) Szwecja (1) śląskie (1) świętokrzyskie (6) Tatry (6) Toruń (3) UK (10) Ukraina (2) warmińsko-mazurskie (3) wielkopolskie (7) wiosna (8) Włochy (6) zachodniopomorskie (2) zamki (6) zima (16) zwierzaki (7)

Obserwatorzy